| Camino de Santiago, Camino del Norte (Hiszpania) Czy sobie poradzę? | ![]() |
|
|
a | Wyprawa odbyła się w sierpniu i na początku września 2009r., trasą wzdłuż oceanu – Camino del Norte. Droga składa się z 33 etapów, zaczynając się w Irun i kończąc w Santiago, liczy ok. 818km. |
Kiedy usłyszałam od kolegi propozycje wyprawy na Camino de Santiago właściwie bez zastanowienia się zgodziłam. Dopiero potem przyszły wątpliwości – czy poradzę sobie z ciężkim plecakiem w upale? (zawsze miałam słabą kondycje), czy moje problemy z kręgosłupem nie będą przeszkodą? Chodziłam po różnych lekarzach, aby upewnić się że mogę jechać. Panicznie bałam się również zmian ciśnienia w samolocie przy starcie i lądowaniu. Kiedy w końcu okazało się że mogę wyruszyć na taką wyprawę i wszystkie moje dolegliwości zdrowotne są przeze mnie grubo przesadzone, zaczęłam biegać dla treningu. Skończyło się to tak, iż nabawiłam się urazu kolana i znów miałam powód do zmartwień. Oczywiście, jak zawsze, przesadzałam, ponieważ nie było to nic poważnego. Zbliżał się dzień początku wyprawy. Moja panika odnośnie zmian ciśnienia w samolocie wzrastała w zawrotnym tempie. Kombinowałam, żeby kupić specjalne zatyczki do uszu, które były drogie. Niestety lub na szczęście nie udało mi się ich dostać.
Nadeszła godzina zero. Jechałam na Camino de Santiago z dwójką kolegów z Duszpasterstwa Akademickiego. Dostałam palpitacji serca ze strachu przed lotem samolotem. No ale nic, bilety już dawno kupione, trzeba lecieć. Na pokładzie siedziałam obok dwójki małych chłopców, którzy wcale się nie bali, dodawało mi to otuchy. Wystartowaliśmy. Niezwłocznie zaczęłam żuć gumę i popijać wodą, żeby wyrównać ciśnienie. Musiało to wyglądać komicznie. Potem aż mnie bolały szczęki. Okazało się oczywiście, że moje przypuszczenia, iż wybuchną mi uszy były grubo przesadzone.
Puenta:
Nie certolić się ze sobą i nie martwić się na zapas. Wspomina o tym nawet Biblia: „dosyć ma dzień swego utrapienia”. Takie zamartwianie się i wymyślanie niestworzonych czarnych historii w stylu: „ten pan obok to na pewno złodziej, który śledzi mnie od pół roku i teraz chce mi ukraść mojego 15 – letniego Fiata 126p”, w niczym nie pomaga i zabiera naprawdę mnóstwo czasu.
![]() |
![]() |
Wylądowaliśmy w Reus, koło Barcelony. Okazało się, że do Irun nie ma już dzisiaj połączenia autobusowego, więc pojechaliśmy zwiedzać Barcelonę. W jakąkolwiek stronę by się nie poszło, zawsze było takie same ułożenie budynków i ulic, więc miałam wrażenie, że ciągle kręcimy się kółko. Poza tym, w małych, wąskich uliczkach można było zobaczyć mnóstwo rozwieszonego prania.
Zdecydowaliśmy, że śpimy na plaży. Piękne gwiazdy itd., ale kiedy już wreszcie zasnęłam obudzili nas… Strażnicy Miejscy (może w Hiszpanii inaczej się ich nazywa, ale byli to goście na wzór naszych Strażników). Mówili, że musimy wynieść się z plaży, bo jeżdżą tutaj maszyny czyszczące piasek. Teraz przynajmniej wiem, dlaczego piasek na plaży jest tutaj taki milutki. Wracając do Strażników, oni też byli mili, pogodni i uśmiechnięci. Podczas, gdy nas wypraszali, pytali się skąd jesteśmy, co tu robimy. W Polsce nigdy nie widziałam uśmiechniętego Policjanta czy Strażnika. No cóż, miła odmiana. Kiedy maszyny skończyły jeździć wróciliśmy do spania. Jak się okazało, nie na długo. Obudziłam się około godziny 4 nad ranem, kiedy było jeszcze całkiem ciemno i z przerażeniem stwierdziłam, że… !!! zniknął mój plecak. W jednej sekundzie poderwałam się na równe nogi. Dookoła pustka. Moje serce zamieniło się w gigantyczną pompę ssąco-tłoczącą. W pierwszej chwili pomyślałam, że na szczęście mam portfel i komórkę w kieszeniach, ale nie mam ŻADNYCH butów ani nawet skarpetek. Obok nas była ściana poukładanych i zapiętych łańcuchami leżaków do użytku plażowiczów. Mój kolega zajżał za te leżaki i znalazł mój plecak. Uff. Odetchnęłam. Co ciekawe, plecak był nietknięty. Leżały na nim nawet moje brudne skarpetki, więc nikt nie chciał nic ukraść. Dlaczego to zrobił? Może po prostu dla dowcipu, a może tutaj ludzie są tak mili, że ktoś chciał nas ostrzec, zdrowo wystraszyć, żebyśmy sobie zapamiętali na drugi raz. Tego się już nie dowiem, ale podczas kolejnych nocy pod chmurką spałam już zawsze głową na plecaku.
| a |
|
Nocne łowy na albergue, Barcelona – Irun

Nowy dzień wstał wraz z przecudownym wschodem słońca. Można było zobaczyć wielką czerwoną kulę wyłaniającą się zza morza. To był symboliczny początek naszej wyprawy. Umyliśmy się pod prysznicami służącymi plażowiczom do obmycia ciała z soli po kąpieli w morzu. Zebraliśmy swoje graty i poszliśmy na autobus do Irun. Kiedy wreszcie dojechaliśmy, (autobus uwinął się w 8h) zaczepił nas pewien Hiszpan, który zamierzał przebyć Camino de Santiago na rowerze i spytał gdzie jest albergue. My mieliśmy ten sam problem, więc postanowiliśmy szukać schroniska razem. Słabo nam szło i na koniec w barze, w którym można było zaczerpnąć informacji na temat wolnych miejsc okazało się, że wszystko jest zajęte. Trudno się dziwić, było około godziny 23.00. Kolega Hiszpan pojechał szukać noclegu w droższym miejscu.
- Hej Amigo! – pożegnał nas i zniknął.
Dopiero teraz poczułam się jak w Hiszpanii, w końcu ktoś odzywał się do nas po hiszpańsku. Oczywiście, języka tego nie umiem ni w ząb.
Wracając do noclegu. Nie było nas stać na cokolwiek droższego od albergue, więc postanowiliśmy je znaleźć i jeśli nas wpuszczą, przespać się na podłodze. Okazało się to trudnym zadaniem. W napotkanym barze spytaliśmy się pani obsługującej, gdzie jest to nieszczęsne albergue. I tutaj spotkała nas miła niespodzianka. Pani bardzo przyłożyła się do tłumaczenia nam drogi. Nie była pewna gdzie to jest, więc wyciągnęła mapę. Potem spytała kolegi, który bardziej orientował się w tym temacie i tłumaczyła nam na angielski, to co on powiedział. Na koniec chciała nam nawet rozrysować drogę. W Polsce nie spotykam się często z taką chęcią pomocy.
Do albergue doszliśmy około godziny 1 w nocy. Pierwsze drzwi prowadzące na coś w rodzaju klatki schodowej były otwarte. Weszliśmy i zapukaliśmy do właściwych drzwi. Niestety, nikt nie otworzył. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko spanie na klatce schodowej. Wyciągnęliśmy karimatki, śpiworki i do dzieła, tzn. do spania. Niemniej, najgorsze wcale nie było twarde spanie na średnio ciepłym podłożu, ale całkowity brak toalety lub jakichkolwiek krzaków. Wcale nie marzyłam o prysznicu czy umyciu zębów, ale o tej najbardziej naglącej potrzebie. No cóż, jakoś zasnęłam. Spałam 3 godziny. Nad ranem „wrota” się otworzyły. Można było zjeść śniadanie i wyrobić credencial, czyli paszport pielgrzyma niezbędny na Camino de Santiago, gdyż bez niego nie można spać w schroniskach dla pielgrzymów. Był to oficjalny początek naszej wyprawy.
Godzina zero, Irun – San Sebastian
Nadszedł czas, żeby wyruszyć na pierwszy etap Camino de Santiago. Od razu zaczęło się ostrym podejściem pod górę oraz przecudnymi widokami na ocean, oddalone góry oraz miasto Irun. Charakterystyczne na drodze były ławki, tak ustawione, aby można było usiąść i podziwiać widoki. Towarzyszyły nam one przez cały czas wyprawy. Dobrze, że wzięłam sprawdzone, rozchodzone buty trekkingowe na vibramie, za kostkę. Wędrowaliśmy wąskimi ścieżynkami po górach porośniętych niską roślinnością, mieliśmy przed sobą wielkie puste przestrzenie zielonych, górzystych łąk i oceanu. Mijaliśmy również ciekawe ruiny. Spotykaliśmy tylko pojedynczych pielgrzymów, więc mogliśmy w pełni rozkoszować się przyrodą. To wszystko sprawiało, że można było poczuć się wolnym i zrozumieć, że cały świat to nie tylko nasze cztery ściany.
Zeszliśmy do uroczej rybackiej miejscowości Pasaia de San Juan. Tutaj pierwszy raz piłam wodę ze źródełka. Było w niej czuć trochę kamienia, ale strudzonemu pielgrzymowi nic nie przeszkadza. Można tu było zobaczyć góry jakby pionowo wystające z oceanu. W miejscowości tej bardzo ciekawa i różnorodna była architektura np. dom stojący w wodzie czy wymyślne wąskie uliczki. Do kolejnej miejscowości Pasaia de San Pedro przeprawiliśmy się łodzią, ok. 200m. Warto wspomnieć, że mieszkańcy kraju Basków, przez który właśnie wędrowaliśmy bardzo zaznaczają swoją odrębność. Mogliśmy się o tym przekonać widząc napis na murze: ”Freedom for the Basque Country”, czyli wolność dla kraju Basków. Dalsza droga znowu wiodła wąskimi ścieżynkami przez górzyste tereny. Mogliśmy oglądać ocean i góry wyrastające z niego. Dotarliśmy do San Sebastian. To tak samo urokliwe miasto jak Pasaia de San Juan. Ciekawe były tutaj niewielkie, zielone wyspy na oceanie niedaleko brzegu oraz mnóstwo stateczków. Całość tworzyła bajkowy krajobraz. W schronisku (albergue) nie było jeszcze czuć tej sławnej na camino atmosfery, ale może to dlatego, że ludzie wracali jeszcze myślami do swoich domów. Na dalszych etapach wyprawy ten stan rzeczy się zmienił.
Ból przesłaniający widoki, San Sebastian – Zumaia
Wyszliśmy wcześnie nad ranem, kiedy było jeszcze ciemno. Nigdy wcześniej nie miałam pęcherzy, mimo że chodziłam dosyć sporo po górach. Teraz miałam ich kilka. Od początku drogi z San Sebastian strasznie bolały. Czułam, jakby z KAŻDYM postawionym krokiem, ktoś wbijał mi igłę prosto w palce. Okropne. Taki ból może obrzydzić nawet najbardziej cudne widoki, które na tym etapie wyprawy zasługiwały na to miano. Szlak wił się asfaltową drogą pod górę, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć oświetlone San Sebastian. Na szlaku minęliśmy stolik z dwoma krzesłami i paroma butelkami wody zostawionymi specjalnie dla pielgrzymów. W tym miejscu nawiązaliśmy również rozmowę z napotakanymi pielgrzymami i z nimi kontynuowaliśmy marsz. Doszliśmy do naturalnego źródełka wody w lesie, a na kamieniu zobaczyliśmy napis: H2O potable, co znaczy woda pitna. Następnie minęliśmy bardzo sympatyczny napis na barierce przy drodze: Hello Pilgrim! (Witajcie pielgrzymi). Dalej droga wiła się zielonymi wzgórzami, lasem, poprzez miejscowości…
Doszliśmy do Zarautz, gdzie według przewodnika kończy się etap. My zdecydowaliśmy, że po sjeście idziemy dalej. Przerwę zorganizowaliśmy sobie na plaży. Znaleźliśmy kawałek cienia. Ja kupiłam sobie sok pomarańczowy w kieliszku za 3 euro. To było finansowe szaleństwo. Około godziny 17 poszliśmy dalej do miasteczka Zumaya. Po drodze bardzo spodobał mi się osioł. Biedaczek stał sam pod drzewem, a za nim wielkie wody Atlantyku. Wędrowaliśmy długo szosą. Co prawda, droga była poprowadzona dosłownie 3 kroki od zatoki, ale asfalt nie był idealnym rozwiązaniem dla moich stóp. Teraz oprócz pęcherzy miałam również odciski. Po prostu masakra. Przerwy w niczym nie pomagały, ponieważ po odpoczynku trzeba było rozchodzić stopy. Sprawiało to dwa razy większy ból niż chodzenie bez przerwy. Wyglądało to tak, że najpierw przy rozchodzeniu kulałam, a potem już tylko kuśtykałam. Widoki niebanalne, ale ja miałam swoje przyziemne problemy. Uff…ciężko mi opisać radość z dojścia na miejsce. W Zumaia pierwszy raz zjedliśmy porządny obiad w barze tzn. makaron z mięsem. Wcześniej (jak i później) żywiliśmy się w marketach. Tych dużych, najtańszych, najczęściej o nazwie Eroski. Kupowałam w nich codziennie: 4 jogurty (0,55euro), bagietkę (0,75euro), 7 parówek (0,35euro) lub pleśniową kiełbasę (1,55euro), czekoladę (0,75euro), dwa banany (0,40euro), jedną morelę (0,20euro). Jeśli była kuchnia, a zdarzało się to dosyć rzadko nabywałam makaron (0,40euro). Wodę kupowałam raz na dwa tygodnie, ponieważ było jej pod dostatkiem w źródełkach i w kranie. Po dwóch tygodniach trzeba było kupić nową butelkę, gdyż stara po prostu zaczynała śmierdzieć. Było to nasze podstawowe wyżywienie przez ponad miesiąc tejże wyprawy.
W mieście Zumaya spaliśmy w celach byłego klasztoru San Jose de Zumaia w 2-osobowych pokojach, a raczej celach klasztornych. Cena: 8 euro, jak dla nas szaleństwo finansowe. Wnętrze klasztoru tworzyło specyficzny klimat. Nie było żadnych zbędnych ozdób czy mebli, tylko puste szerokie korytarze i skrzypiąca podłoga. Również ciche, puste, wąskie uliczki (wieczorem pięknie oświetlone) bardzo dobrze oddawały klimat tego miejsca. Okazało się, że to był nasz najbardziej luksusowy nocleg podczas całej pielgrzymki na Camino de Santiago. Jednak dla jednego z moich kolegów był to zbyt duży wydatek. Chciał dać nam swoje bagaże (gitarę i worek marynarski ze swoim dobytkiem) i spać przy markecie Eroski na karimacie i w śpiworze przykryty folią NRC. Jednak przedtem spytał się hospitalery czy może spać z nami w pokoju, na podłodze, za niższą cenę. Pani zgodziła się. Co więcej, nie chciała od niego żadnej zapłaty i podarowała mu materac. Był to kolejny objaw uprzejmości Hiszpanów.
Wieczorem po naradzie postanowiliśmy jechać pociągiem z Deby do Bilbao, ponieważ na tym odcinku trasa camino wchodzi głębiej w ląd, robi się jeszcze goręcej a widoki (jak również moje pęcherze) są mało ciekawe. Dlatego cieszyłam się z takiej decyzji.
Egoizm na górzystej ścieżce, Zumaia – Deba
Dzisiaj czekał nas krótki odcinek do Deby. Niespełna 12km. Ucieszyłam się z takiego rozwiązania, gdyż moje stopy były w agonalnym stanie. Mogłam sobie przebić pęcherze, ale ja oczywiście bałam się zakażenia i liczyłam, że wszystko zagoi się samo. Jak się okazało nic nie dzieje się samo, a działanie jest podstawą sukcesu. Jeszcze nie raz się o tym przekonam. Nad ranem, podczas śniadania mieliśmy chwilkę czasu na przyjrzenie się miejscowej ludności. Ludzie przechodząc obok siebie nadzwyczaj życzliwie się pozdrawiali. Widać było, że wszyscy się tutaj znają. A mówi się, że ludzie z południa Hiszpanii są jeszcze bardziej otwarci. Wyruszyliśmy w drogę. Jak wspominałam, to miał być krótki etap. Nie do końca tak wyszło…
Tego dnia nie kontynuowaliśmy wyprawy oficjalnym szlakiem Camino de Santiago. Wybraliśmy inną drogę, gdyż była ładniejsza widokowo. Od samego początku widoki na ocean i wybrzeże. Bardzo szybko zaczęło się podejście. Góry podobne do naszych Beskidów. Ciekawym zjawiskiem były brązowe krowy pasące się na wybrzeżu. Dalej szliśmy sobie pięknymi górskimi ścieżynkami mijając uroczą samotną ławeczkę ogrodzoną ze wszystkich stron barierkami, z krórej roztaczał się wspaniały krajobraz. Prawie wcale nie spotykaliśmy ludzi. W pewnym momencie jeden z moich kolegów gdzieś zniknął, ponieważ szedł szybciej od nas. Nastała godzina 12.00. Już o tej porze było gorąco a najgorsze miało dopiero nadejść. Chwilę później zrobił się naprawdę ostry piekarnik. Właściwie nie było cienia, same niskie krzaki, jakby górzyste łąki. Na domiar złego trasa cały czas prowadziła pod górę i chwilami w dół. Ani krzty wiatru. Ani pół napotkanego człowieka. Czułam jakby w moich stopach szalało stado kłujących igieł. Mieliśmy 1,5l wody na głowę. To było o wiele za mało. Non stop chciało się pić. Bardzo pomocna okazała się morela. Do tej pory pamiętam moment, kiedy usiadłam pod długo wyczekiwanym drzewem i wszamałam ją z radością. W takich chwilach wychodzi cały egoizm człowieka. Muszę przyznać, że myślałam tylko o sobie, o własnym przetrwaniu. Wcale nie miałam ochoty dzielić się z kolegą wodą czy morelą. Wstyd się przyznać, ale tak było naprawdę. Okazało się również, że dopóki człowiek nie zaspokoi podstawowych potrzeb tj. jedzenie, picie lub dach nad głową, dopóty nie będzie myślał o problemie głodnych dzieci w Afryce czy globalnym ociepleniu. Nie będzie również myślał o własnych życiu duchowym ani snół rozmyślań o samorealizacji. Niewiem, może się mylę. Może ktoś inny chciałby się podzielić jedzeniem, kiedy sam umiera z głodu. Podkreślam tu słowo CHCIAŁBY, a nie musiałby to zrobić, żeby nie wyjść na samoluba lub żeby kolega się na niego nie obraził i w przyszłości nie odwdzięczył tym samym. Siedząc w wygodnym fotelu i przełączając kanały, między telenowelą a wiadomościami, z kanapką w ręku, człowiek nie jest w stanie przewidzieć swojego zachowania w trudnych sytuacjach.
![]() |
![]() |
Dotarliśmy do szosy. Pomyślałam: „No, nareszcie koniec! Na pewno za chwile wyłoni się widok na miasto Deba. Nic bardziej mylnego. Co prawda widok się wyłonił, ale na… naszego zagubionego kolegę, dawno przez nas nie widzianego. Odpoczęliśmy chwilę. Okazało się, że szlak camino prowadzi dalej przez góry. Musieliśmy przejść na drugą stronę dosyć ruchliwej drogi. Szliśmy kilkanaście metrów szosą wzdłuż barierki, która sięgała nam do pasa. Piszę o tej barierce, ponieważ z naprzeciwka akurat jechał wielki tir. Przestrzeni między barierką a tirem prawie nie było, a na pewno nie dla człowieka. Nawet szczupłego. Na szczęście zdążyliśmy przez nią przeskoczyć. Uff. Czytaj dalej »
Szemrana okolica, Deba – Bilbao
Następnego dnia rano chcieliśmy iść do kościoła. Był 15 sierpień. Okazało się, że w tym dniu nie było żadnej mszy, ponieważ dnia poprzedniego była fiesta. Wszyscy mieszkańcy właśnie podczas fiesty uczestniczyli we mszy św. Natomiast dzisiaj wszystko było pozamykane włącznie z kościołem. Naturalnie nasz ulubiony market Eroski również był zamknięty na cztery spusty. Na ulicach pustki. Posiedzieliśmy chwilę na bezludnej plaży. Co ciekawe na środku było postawione coś na wzór zadaszeń, aby można było skryć się przed słońcem. Potem nie pozostało nam nic innego, jak tylko pójść na pociąg do Bilbao. Bilet kosztował niecałe 5 euro, a przejechaliśmy dobre 80km.
W Bilbao piekarnik do potęgi. W dodatku ani trochę wiatru czy choćby małego wiaterku. Nic dziwnego. Oddaliliśmy się ładnych parę kilometrów od oceanu. Teraz trzeba było znaleźć albergue, ale najpierw zlokalizować gdzie aktualnie jesteśmy. Po drodze na przystanku autobusowym udało mi się ustalić nazwę ulicy, na której się znajdujemy oraz określić nasze miejsce położenia na mapie. Byłam dumna z faktu, że poradziłam sobie z tym zadaniem. Zwykle mam w zwyczaju nie wierzyć w swoje możliwości. W takich sytuacjach zawsze wydaje mi się, że druga osoba lepiej sobie poradzi niż ja. A tutaj niespodzianka. Trochę skupienia i rozwiązałam problem szybciej niż kolega. Niby błacha sprawa, ale dodała mi wiary we własne możliwości.
Po drodze do albergue spotkaliśmy człowieka, który pisał markerem na ogrodzeniu robót drogowych nazwę ETA. Hmm, trochę się przestraszyłam. Przechodziliśmy też przez dzielnicę, w której mieszkało dużo ludzi czarnej rasy. Weszliśmy tam do małego sklepu, ponieważ wszystkie markety były pozamykane. Najpierw weszłam ja. W tym czasie kolega pilnował plecaków. Jak się potem okazało pewien człowiek zaproponował mu… haszysz. No nic, po około pół godzinie doszliśmy do albergue. Było jeszcze zamknięte. Otwierają za półtorej godziny. Przed wejściem koczował już jeden pielgrzym. Po długo wyczekiwanym otwarciu albergue i wstępnym ogarnięciu się w schronisku, poszliśmy zwiedzać miasto. Nie było ono już tak urokliwe jak poprzednie. Przede wszystkim dużo większe, z wysokimi, nowoczesnymi budynkami. Po drodze minęliśmy wymyślny architektonicznie most oraz budowle w orginalnym kształcie, obok której stał gigantyczny posąg pająka. Co ciekawe, jeden z moich towrzyszy podróży grając w Bilbao na gitarze zarobił 2 euro. Wieczorem w albergue udało mi się pierwszy raz podczas wyprawy, porozmawiać z innymi pielgrzymami przez dłuższą chwilę. Od pewnej koleżanki dowiedziałam się, że jeden z pielgrzymów musiał pójść do lekarza i dotrze tutaj później. W nocy okazało się, iż ten właśnie pielgrzym spał nade mną (łóżka były piętrowe, ok. 20 osób w jednym pomieszczeniu). W nocy obudził mnie kaszel, jakiego moje uszy jeszcze nie słyszały. Nawiasem mówiąc, mam ciotkę chorą na astmę, więc słyszałam już różne rodzaje i natężenia głośności kaszlu. Ten, był jedyny w swoim rodzaju. Kiedy kolega kaszlał, trzęsło się moje łóżko. Bałam się, że mnie zarazi jakąś gruźlicą albo inną świńską grypą szumnie nazywaną AH1N1. Z rana uwijałam się tak szybko jak tylko mogłam, żeby tylko uciec ze strefy rażenia kaszlem. Udało się. Wyruszyliśmy na szlak Camino de Santiago i rozpoczęliśmy kolejny etap wyprawy.











